Trochę filozofii…

ZJAWISKO ŚMIERCI wg ks. Janusza 
Czarnego

 

Śmierć zawsze ma taki sam
wymiar i towarzyszy człowiekowi od chwili narodzin. We wszystkich mitologiach
istnieje mit o zmartwychwstaniu. Potem próbowano racjonalizować jakoś śmierć,
choć nie bardzo się temu zabiegowi poddaje, bo śmierć jest doświadczeniem
granicznym, śmierć jest w ogóle końcem wszelkiego doświadczenia. Dlatego z
jednej strony przeżywana subiektywnie, a pochodzące z tego doświadczenia
subiektywne są jak wiadomo nie przekazywalne. Od strony obiektywnej, takiej
przedmiotowej, śmierć posiada kilka zdefiniowań, a w ślad za tym kilka
płaszczyzn. Albo ustanie wszelkich funkcji organizmu albo pewne wydarzenie,
które jest jakoś ubrane w pewne formy umierania – agonii, działań klinicznych,
a wreszcie kiedy się dokona, to znowu jest ubrana w pewien zespół rytuałów,
religijnych i kulturowych zachowań, które jakoś ją próbują oswoić. Ale ona jest
i w tym sensie jest dla nas poza wszelkim doświadczeniem, naturalnie tu i
teraz.

            W
niektórych okresach rozważania filozoficzne przybierały dokładnie formę
refleksji nad śmiercią. Okres stoicki, czy też filozofia Rzymian, to był czas
rozważań o śmierci. Natomiast ta filozofia, która się narodziła w Grecji, wątek
śmierci podejmuje, choć w bardzo różnych ujęciach i to jest zależne generalnie
od systemu, w jakim jest rozpatrywana. Od tego jakiego człowieka przyjmuje dany
system – jeżeli spojrzymy na wizję człowieka przedstawianą przez Platona i jego
następców, neoplatończyków, gdzie dusza znajduje się w ciele przez jakieś
nieporozumienie, jako element nieskończenie doskonalszy, no to wiadomo, że
śmierć będzie widziana jako pewnego rodzaju wyzwolenie. Platon snuje tutaj
różne porównania, że to jest tak, jak żeglarz, który zstępuje ze swego statku
na trwały ląd, odkładając wiosła… Po prostu porzuca się coś, co jest
nieprzyjazne, co było przez Platona nazywane więzieniem. Dusza powraca do
swojego pierwotnego stanu i już nie ma tutaj tego uciemiężenia przez ciało. To
jest jedna koncepcja człowieka. Zaraz pojawi się następna, arystotelesowska,
gdzie człowiek w aspekcie złożeń bytowych, jest jednością psychofizyczną. Ta
koncepcja została tak bardzo, znamienicie rozwinięta przez św. Tomasza z
Akwinu, człowiek jest właściwie nierozdzielną jednością psychofizyczną. Jest
tam element materialny, element duchowy, ale jest to nierozdzielna jedność i w
związku z tym, to nie będzie taka wysiadka z łodzi po przepłynięciu morza życia
i wyzwolenie duszy, tylko to ciało będzie widziano jako oddzielenie duszy od
ciała, choć ta koncepcja nastręcza pewne trudności. Rozdzielenie duszy i ciała.
Nie można tego widzieć w sposób radykalny.

            Śmierć
jest godna zauważenia i nie można na nią zamykać oczu. Owszem z perspektywy
materialistycznej bywa, że to się czyni. Epikur pisząc do
niejakiego Menoikeusa, powiada, że śmierć nie ma żadnego związku
ani z żywymi ani z umarłymi. Tamtych nie dotyczy, a ci już nie istnieją. Zatem
póki jesteśmy nie ma śmierci, jak jest śmierć, nie ma nas. W związku z tym nie
ma tutaj przedmiotu do rozważań, tyle tylko, że no właśnie to sformułowanie JUŻ
NIE ISTNIEJĘ – czy aby na pewno? Mamy tu do czynienia z monizmem
materialistycznym. Człowiek schodzi bezpowrotnie do grobu i na tym koniec.
Tylko wtedy pytanie o sens ludzkiego życia jeszcze bardziej się objawia. Bo w
ogóle pytanie o śmierć prowokuje pytanie o sens życia. Dlatego w filozofiach
bardzo często sztuka umierania wiąże się ze sztuką życia. Jak żyć, żeby dobrze
umrzeć? Żeby śmierć była przejściem do tego samego istnienia, istnienia w
innych wymiarach, warunkach.

            Jeżeli
śmierć ma być kresem wszelkiego istnienia, to właściwie po co być dobrym, po co
czynić wysiłki, zdobywać wykształcenie, po co kształtować w sobie szlachetność,
po co w ogóle skoro to się wiąże z wysiłkiem? I wtedy trzeba było przyznać
rację SEATROWI, że absurdem jest to, żeśmy się urodzili i
absurdem to, że umieramy. Ale żyć w oparach absurdu, to nie jest życie godne
człowieka.

            Ateizm
wobec śmierci – o tym trzeba powiedzieć na samym początku. Zagadnienie śmierci
może być różnie rozstrzygane przede wszystkim w zależności od tego, czy
wierzymy w wieczne istnienie człowieka w sensie nieśmiertelności duszy, czy też
uważamy, że jest istotą czysto biologiczną i po prostu jak zwierzę schodzi do
grobu i wtedy pozostaje szukanie rozwiązań lekko groteskowych, kiedy przyjmuje
się taką formę nieśmiertelności jak trwanie w ludzkiej pamięci, trwanie w
potomstwie, trwanie w swoich dziełach, to wszystko jest w ogóle mało
interesujące dla normalnego człowieka, bo pytanie jest takie, czy ja będę
trwał? To jest pytanie indywidualne. Czy rzeczywiście śmierć jest kresem
wszystkiego czy też może bramą? Za bardzo mnie nie interesuje wzbogacenie czy
trwanie w zbiorowej świadomości. Mnie interesuje moja osobista nieśmiertelność.
Jeśli człowiek jest bytem racjonalnym i są w im takie pragnienia, niezmywalne i
naturalne, które raczej nie mają szans na spełnienie się w tych wymiarach
doczesności, no to odpowiada HANZ musi istnieć życie wieczne.

            Pragnienie
nawet najmniejszego dobra konkretnego jest przejawem pragnienia Dobra
Najwyższego, bo dobro konkretne ma tylko wtedy sens, jeżeli ma jakieś relacje
do Dobra Najwyższego. Są takie teorie, które powiadają, że właśnie w momencie
śmierci wydoskonala się nasza wola, choćby teoria BOROSA, ale to
jest sprawa jakby wtórna. Bo wpierw wydoskonala się poznanie. Należy pamiętać,
że wola nie poznaje, nie rozróżnia dobra od zła, tylko reaguje na dobro
przedstawione przez rozum. I kiedy ustaje to barierowanie materii, to ludzki
intelekt może dopiero wtedy chyba po raz pierwszy, poznać pewną prawdę. W ślad
za tym wola, ujrzawszy tę prawdę jako dobro, może do niego przylgnąć.
Podejmując jakby ostateczną decyzję, a właściwie pierwszą pełną, bo oto
zaistniały warunki, by w pełni poznać prawdę i dokonać tego ostatecznego
wyboru, przylgnąć do niego i wtedy dopiero człowiek właściwie odkrywa siebie,
jakim  nigdy nie widział siebie w
doczesności. Jakim naprawdę jest, jakie ma możliwości, czyli to jest relacja,
obrazowo rzecz ujmując, jak racja kwiatowego pąku do wspaniałego, rozwiniętego
już kwiatu.

            Św.
Tomasz z Akwinu – rozdzielenie duszy i ciała, przy czym relacje duszy do ciała
nigdy nie ustają, bo wtedy by ustała bytowość duszy. A zatem dusza, zwana tutaj
ANIMA SEPARATA, w jakiś sposób oczekuje jeszcze na
tę możliwość ponownego organizowania materii do bycia ciałem i to ciałem tym
samym. Jest tu mowa jakby o zmartwychwstaniu, czyli powrocie do życia. Dusza
jako pierwiastek, czy forma substancjalna niesie ze sobą element istnienia,
nigdy nie umiera.

            Jeżeli
chodzi o współczesne teorie, to te, które wyrosły z chrześcijańskich, są w
dużej mierze kontynuacją widzenia św. Tomasza, ale jakby omijają problem ANIMA
SEPARATA
, problem oddzielenia duszy od ciała, którego właściwie być nie
powinno, skoro jest to totalna jedność duszy i ciała. Wspomniany już BOROS
powiada, że właściwie w momencie śmierci następuje tylko zmiana
organizowanej materii. To oczywiście wszystko zależy od rodzaju przyjętej
koncepcji materii, a właściwie cały czas mamy do czynienia z tym samym
człowiekiem, biorąc pod uwagę jego tożsamość itd. Zmieniają się niewątpliwie, w
ślad za zmianą organizowanej materii, organizowanej przez duszę, zmieniają się
warunki powiedzmy sobie fizykalne, czy też zmienia się przestrzeń, ilość
wymiarów, różnie się to interpretuje. W każdym razie można by było to
sprowadzić do takiego trochę paradoksalnego stwierdzenia, że w tym widzeniu
zmartwychwstanie następuje w chwili śmierci. To jest ten moment, w którym pąk
rozwija się do bycia pełnym kwiatem. Rozdzielenie duszy od ciała jest, w
świetle współczesnych teorii, problematyczne. Raczej inne ciało, inna materia
no i oczywiście to rzutuje na pełny rozwój człowieczeństwa.

            Moment
narodzin jest momentem śmierci, biorąc pod uwagę szok porodowy, odcięcie
pępowiny jest w zasadzie śmiercią. Człowiek jest wypychany w środowisko, które
jest mu na początku zupełnie obce i wrogie. Okazuje się, że on przechodzi po
prostu do innych warunków rozwoju pełniejszego przeżywając szok narodzin, wielu
na to wskazuje, że tak jest z każdym człowiekiem, który przechodzi przez bramę
śmierci. Zdaje mu się, że zostawia wszystko, bezpieczeństwo, dobre warunki
życia, takie czy inne, ale w ogóle życie zostawia. A tymczasem on wychodzi
gdzieś na zewnątrz, by jeszcze bardziej rozkwitnąć i jeszcze bardziej te swoje
możliwości, potencjalności móc realizować. Czujemy, żyjąc w doczesności, że nie
realizujemy tego całego bogactwa, które jest w nas, bo nie możemy w pełni
zrealizować.

            Nie
tyle nie wiemy, czego się boimy, my się na ogół boimy tego, czego nie znamy. A
śmierć jednak jest przed nami zakryta. Zatem my się boimy nieznanego, nie
poznanego. Śmierć powoduje, że jesteśmy rozpięci pomiędzy skończonością a
nieskończonością. Ale przecież cały czas nastawieni i przeznaczeni do
nieskończoności. Może to powodować jakieś egzystencjalne lęki.

            W
kulturze, w której żyjemy, śmierć spycha się na margines życia, a nawet jakby
zamyka się oczy na to, że śmierć jest. Chowa się ją za szpitalnym parawanem, a
wszystko kończy się make – up’ em w zakładzie pogrzebowym, żeby ten,
który odszedł wyglądał na żyjącego. Śmierć jest wówczas pojmowana jako coś
wstydliwego, wypadek przy pracy, a nie jako logiczna ciągłość ludzkiego życia.
Śmierć jest pewnym przedłużeniem życia, tyle tylko, że takie ujęcie jest
przejawem nie tylko strachu, chociaż też, ale przejawem konsumizmu, który
charakteryzuje naszą epokę i jest przejawem trochę wygody. Lepiej o tym nie
myśleć. Medycyna może nam tu nieco namieszać, bo czasami próbuje się sugerować,
że jeszcze trochę i śmierci nie będzie. Dobrze, że teraz rozwija się medycyna
paliatywna, która m.in. stawia sobie za zadanie przypomnieć człowiekowi, że po
prostu umiera i że śmierć jest siostrą życia. Przez swój stosunek do śmierci
człowiek nadaje sens swojemu życiu. To jest chyba najpełniejsze i najważniejsze
zresztą. 

SCEPTYCYZM I RELATYWIZM

           Sceptycyzm
jest to metoda albo stan umysłu, głosi, że ludzki umysł nie może być niczego
całkowicie pewien. Heraklit, Eleaci i Sofiści zapoczątkowali sceptycyzm.
Heraklit twierdził, że zmysły są zawodnym źródłem poznania. Sceptycyzm jako
odrębny system filozoficzny powstał w IIIp. Ch. w Grecji, twórcą jego był
Piron. Sceptycy głosili niepoznawalność rzeczy, wstrzymywali się od wydawania
sądów. Uważali, że: wszystkie spostrzeżenia zmysłowe są względne, zależą od
warunków podmiotowych i przedmiotowych. Wszystkie spostrzeżenia mają punkt
wyjścia w dedukcji i są względne.

Sceptycy
kwestionują  najczęściej możliwość poznania świata realnego, nie wątpią
natomiast w istnienie życia wewnętrznego. Można, więc uznać ich doktrynę za
taką, za którą nie staje dowód materialny. Są z góry przyjętą tą koncepcją,
ponieważ powątpiewają w możliwość poznania świata poza podmiotowego, a
bezwzględnie ufają swoim przeżyciom czy emocjom. Stosują powszechne wątpienie
tylko w teorii, w praktyce jednak nie wątpią i żyją tak jak niesceptycy. Teoria
przeczy praktyce. To, że żyjemy i że nie jesteśmy schizofrenikami zawdzięczamy
temu, że możemy pokładać ufność w pewności dnia jutrzejszego. Mamy poczucie
własnej tożsamości i możemy w tym poczuciu tożsamości odnieść się do
przyszłości.

Skrajny sceptycyzm zawiera wewnętrzną sprzeczność. Jeśli ktoś
mówi, że wszystko jest wątpliwe, zakłada z góry że  to co  mówi też
jest wątpliwe. Powszechne wątpienie nie ma uzasadnienia rzeczowego, ponieważ
wiele faktów i twierdzeń naukowych jest bezsprzecznie prawdziwych i pewnych.
Jeżeli są rzeczy pewne to już nie możemy mówić o sceptycyzmie. Bezsprzeczne i
oczywiste są fundamentalne prawa bytu i myśli. Dal każdego z nas oczywiste jest
nasze istnienie, posiadanie ciała, przeżyć emocjonalnych, jeśli są, chociaż
niektóre twierdzenia pewne to postulat powszechnego wątpienia nie ma
zastosowania.

Sceptycyzm brany w gruncie rzeczy na serio prowadziłby do
absurdu, nie można traktować go poważnie, choć zawdzięczamy mu bardzo wiele,
stworzył szereg zabezpieczeń, które weryfikują nasze poznanie.

        Relatywizm
twierdzi, że człowiek jest nie zdolny do poznania prawdy
absolutnej, bezwzględnej. Jedną z najważniejszych koncepcji jest fenomenalizm,
który głosi:

·       
Możemy
poznać tylko fenomeny, a nie istotne rzeczy

·       
Każdy
człowiek jest ograniczony w swych możliwościach poznawczych

·       
Przedmiot
poznania jest zawsze zniekształcony przez podmiot poznający.

Protagoras
uważał, że miarą prawdy jest sam człowiek, prawda, więc musiałaby być zależna
od uzdolnień danego człowieka, jego wykształcenia, postawy, dobrej woli.

Psychologizm
– każdy człowiek posiada własny niepowtarzalny sposób myślenia,
odmienną strukturę psychiczną i swoisty sposób dochodzenia do prawdy. Każdy
poznaje z własnego punktu widzenia.

Biologizm i witalizm – twierdzą,
że ocena i stan zdrowia, warunki fizjologiczne będą miały istotny wpływ na
rozwój człowieka.

        Relatywizm prawdziwe
jest to, co jest korzystne, albo użyteczne. Poznanie jednostkowego człowieka
zależy niekiedy od różnych warunków przedmiotowych i podmiotowych towarzyszącym
aktom poznawczym, zależność ta nie jest jednak zupełna, jest tylko przejściowa,
dlatego nie podważa walorów ludzkiego poznania pojmowanego całościowo.
Relatywizm teoriopoznawczy zaciera granice między poznającym podmiotem, a
poznawanym przedmiotem. Cała prawda o świecie jest zawsze pełna, niezmienna,
zmienne jest ludzkie poznanie. Ono jest ograniczone, częściowe. Prawda o
świecie jest taka sama i niezmienna.






„Sokrates tańczący"

Kiedy chce się pisać o postaci znakomitej, o człowieku, którego życie i śmierć niewątpliwie zaważyły mocno zarówno w historii, jak i na współczesności, można użyć wielu różnych manier i stylów literackich. Najczęściej zaś bywa używana maniera pomnikowo – pobrązowiająca, która daje następujący efekt: o. prof. dr hab. dr honoris causa (multiplex) Mieczysław Albert Maria Krąpiec OP
ur. 25 maja Berezowicy Małełej koło Tarnopola, wyświęcony 17 czerwca 1945 r., zmarł w Lublinie 9 maja 2008 r. Profesor, wieloletni dziekan Wydziału filozoficznego, przez wiele kadencji rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, odznaczony…, wyróżniony…, laureat…, zasłużony, wybitny. W ten sposób powstają pomniki, które w następnych epokach bywają obalane, a w najlepszym razie zasłaniają welkość. Ojciec Profesor pierwszy wyśmiałby tę modę, komentując zresztą bardzo soczyście.
Na szczęście, w pewnej mierze, zapobiegły temu nasze rodzime mass media, które uznały, że w ogóle śp. Ojciec Profesor nie był poprawny politycznie i lepiej o Jego śmierci nie pisać zbyt wiele… Lepiej nie pisać, że wraz z Jego odejściem zakończyła się pewna epoka w kulturze intelektualnej, że zmarł twórca szkoły filozoficznej, że był to ktoś, kto potrafił expressis verbis zapytać Michaiła Gorbaczowa (na pierwszym jego spotkaniu z intelektualistami polskimi) o obowiązywalność „doktryny Breżniewa", że był to ktoś, kto pojmował filozofię jako „umiłowanie mądrości", a nie epatowanie bulwersującymi teoriami, że był to filozof, którego bardzo interesowała rzeczywistość, taka jaką ona jest: cała i integralna – ze światem, ludźmi i Bogiem. Lepiej nie pisać…

Tytuły zaś, którymi komentowano Jego śmierć („Bogu i Ojczyźnie poświęcił swe życie", „Umiłował mądrość", „Był ucieleśnieniem polskości", „Obrońca polskiej kultury przed komunizmem", itp.), choć oddają prawdę, to jednak już pobrzękują spiżem, którego Ojciec Profesor tak bardzo nie lubił. Dlatego chyba warto zapytać, czy ktoś kiedyś (poza Tuwimem) spotkał „Sokratesa tańczącego"? Ja go spotkałem i chcę o tym napisać. Ten tytuł Tuwimowego wiersza, pełnego indywidualizmu i optymizmu, bardzo pasuje do śp. Ojca Profesora Krąpca.
Był to bowiem współczesny Sokrates, który – jak ów pierwowzór sofistom – mówił, że jest tylko jedna prawda: prawda bytu, rzeczywistości, którą trzeba pokornie odczytywać, poczynając od doświadczenia. Właśnie od doświadczenia, a nie od znaków (mowy, sensów, konfiguracji społecznych), tylko od doświadczenia tego, jaka rzeczywistość jest. I dlaczego jest, taka, jaka jest! To pytanie: dlaczego? było najważniejszym w życiu i myśli Ojca Profesora, a zmierzało ono zawsze do odkrywania prawdy zapisanej przez Stwórcę w rzeczywistości. Ojciec Krąpiec uważał, iż nie wolno umawiać się co do tego, czym jest prawda, bo ona sama ma zwyczaj wychodzić na wierzch; nie wolno spekulować, czym jest dobro, bo ono samo jest ewidencją, którą trzeba dostrzec, chyba, że uzależni się je od zmiennych układów społecznych i kulturowych.’ W zamian postulował, by właśnie te układy uzależniać od dobra obiektywnego. Był to bowiem Sokrates, który kpił z nowożytnych koncepcji piękna, które kazały szukać tego, co jest „echem Boskiego Logosu" w brzydocie lub różnych „eventach" – pożal się Boże – artystycznych. Był to Sokrates, którzy przez całe swoje życie próbował „odzyskać świat realny". Dlaczego to robił?
Podejrzewam, iż dlatego, że był to „Sokrates tańczący". On lubił nauczać na rynku, a agora była jego żywiołem.
Tam spotykał ludzi, których kochał i bardzo chciał przekazywać im swoją wiedzę. Był wszędzie tam, gdzie m M znaleźć rozmówców, zatrzymywał ludzi na rynku, w palestrze, czy na biesiadzie, by mówić z każdym o jego sprawach i zmuszać do zastanawiania się n, nimi. Uczył się wówczas sam, jak Sokrates, którego „drzewa niczego mogą nauczyć, uczą natomiast ludzie w mieście". Ojciec Profesor szukał n mówców, niezależnie od tego, czy to byli jego studenci, czy też przypadkowi przechodnie, bo on miał potrzebę przekazywać im swoją mądrość. Nie był to  akademik zagubiony w swych rozważaniach, lecz prawdziwy nauczyciel i mistrz, który „nastawał w porę i w porę". W jego intelekcie nawet najbardziej błaha sprawa stawała się p tekstem do analiz dogłębnych i rzetelnych, dlatego nigdy nie rozmów o małych rzeczach. Każdy przejaw rzeczywistości prowadził go do źródeł mądrości. Bardzo chciał, by go słuchano, bo wiedział, że mówi prawdę. Nigdy sam nie przemierzał drogi ulicami Lublina, z alei Racławickich na Złotą Szedł, rzeczywiście lekko tanecznym krokiem, obficie gestykulując i ciągle  tocząc rozmowę. Bywało, że w trakcie takiego „perypatetyckiego" dyskursu zdawałem egzamin. Taki to był „Sokrates tańczący"… I tak samo jak tamten, Ojciec Profesor, stawiał na nogi, przewróconą do góry nogami przez współczesnych sofistów, filozofię. Dzisiaj on najgłośniej mówił do całej intelektualnej współczesności, że prawda jest jedna, że cnota jest jedna, że piękno jest jedno. Sofizmat był dla niego wredny, niezależnie od tego, czy nazywał się filozofią języka, oblicza, spotkania, czy marksizmem, czy filozofią analityczną, strukturalizmem, czy jakimś neopozytywizmem. Uważał bowiem, że filozofia też jest jedna, jeśli prawda jest jedna. Jego zaś interesowała tylko prawda bytu.
Ojciec Krąpiec był takim „Sokratesem tańczącym" zawsze z oznakami stanu kapłańskiego. Wielki intelektualista, ceniony w świecie (może bardziej niż w Polsce), nie miał zwyczaju kryć się za krawatem. Być może dlatego tak rzadko pojawiał się w świeckich mediach; przez to, co mówił i co sobą prezentował, nie był osobowością medialną. Był zaprzeczeniem „politycznej poprawności" i chyba przez to był solą w oku nawet dla niektórych współbraci w kapłaństwie i powołaniu zakonnym. Miał on bowiem wyraźną tożsamość kapłana i zakonnika. Bywało, że do białego, dominikańskiego habitu przywdziewał purpurowy pas, na znak, że przynależy do dawnej lwowskiej prowincji dominikanów, którzy od wieków mieli papieski przywilej używania purpury. Mawiał wtedy: „Czerwony pas, za pasem.. .różaniec", jakby wspominając dzieciństwo i młodość na Podolu, a równocześnie wskazując na to, co jest jego prawdziwą bronią. On, potomek kresowej szlachty, nigdy tamtych stron i klimatów nie opuścił, a nawet snuł projekty, by niedaleko Żmerynki stworzyć uniwersytet. Na co dzień żył po zakonnemu – gości przyjmował bardzo mocną kawą z miodem, a bywało, że do tego dodawał kieliszeczek nalewki, szedł spać z pierwszym zmrokiem, a wstawał z pierwszym brzaskiem, dlatego tak trudno powiedzieć, kiedy zastała go śmierć: wieczorem czy rano. Przyszła do niego, gdy pracował i mogło to być zarówno wieczorem lub nad ranem – po prostu, wtedy, gdy pracował nad encyklopedycznym hasłem „Nadejście Mesjasza". Wówczas do niego przyszedł Mesjasz. Ciekawe, czy przyjął Go kawą z miodem, a być może nawet i dodał kieliszeczek nalewki? Chyba tak, bo cechowała go gościnność, równość i pogoda usposobienia oraz humor i łagodność. W każdym razie o Ojcu Profesorze można napisać tak, jak Ksenofont pisał o Sokratesie: Wydawał się najlepszym i najszczęśliwszym z ludzi" . Taki to był „Sokrates tańczący".

artykuł napisał  KS. JANUSZ CZARNY
(Nowe Życie Rok XXV Nr 7-8; Lipiec – sierpień 2008)


 
 
 

Jedna myśl nt. „Trochę filozofii…”

  1. Właściciel MassMedia Internetowe Królestwo Eloi Grzegorz Laskowski zaprasza Ciebie do współpracy w WordPress: rejestrując się w Wiadomościach Królestwa Eloi otrzymasz jedną z funkcji: administrator, redaktor, autor, felietonista lub abonent oraz będziesz mieć prawo do posługiwania się identyfikatorem oraz wizytówką, którą osoby zarejestrowane będą miały prawo wykonać sobie z zamieszczonego tu szablonu.http://syneloi.wordpressy.pl/administracyjna

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s